Melchior Wańkowicz – „Ziele na kraterze”

wpis w: polski8nowyrok | 0

Pisarz i jego dzieło. Melchior Wańkowicz „Ziele na kraterze”.

W „Domeczku” Wańkowiczów

Dom Wańkowiczów, zbudowany na Żoliborzu, nazywany był pieszczotliwie przez członków rodziny „Domeczkiem”. Było to miejsce dorastania córek Wańkowiczów, świadek ich dziecięcych zabaw, miejsce przyjęć i potańcówek, wreszcie – rodzinny azyl.

  1. Jacy są członkowie rodziny (King- Zofia – Krysia – Marta)?
  2. Jakie mają usposobienie, charakter?
  3. Jakie są różnice w metodach wychowawczych stosowanych przez ojca i matkę?
  4. Jakie są wartości cenione przez rodzinę?
  5. Jaki obraz domu wyłania się z poznanych fragmentów?
  6. Jaką rodzinę tworzyli państwo Wańkowicz i ich dzieci?

„Dziwne to było wychowanie — między Mamą i Tatą. Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność, coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie.
A jednak równocześnie Mama to szereg praw, niezłomnych „pójściów spać”, okropnych „proszę to włożyć”: Mama to szorowanie ostrym ręcznikiem, to godziny odmierzone, żywot przyjemny, życzliwy, słoneczny, ale bez niespodzianek i zanadto świątobliwy.

Tata — całkiem co innego. Niebezpiecznie się nawijać, bo „Olbzym” nie ominie, żeby nie „kujknąć”. Czasem wpadnie, wyciągnie z łóżeczka, ryczy straszliwie, udając, że bije. „Mamaaa, b-y-y-y-je”. Matka wpada z pomocą, utula; łzy dzieciakowi z samego strachu sypią się jak groch. Matka, tuląc, usiłuje nie pokazać, że się śmieje. Tu jeszcze wielkie łzy kapią, a tu już mordka, zatulona w mamowy peniuar, wyłania zaciekawione i śmiejące się spojrzenie — tak, z matczynych ramion to nawet ciekawie spoglądać, co ON wyprawia.

Bo ON jest straszliwie psotny; nie szczędzi i tortur moralnych. Sam dzwoni do drzwi wejściowych i kłóci się dwoma głosami — własnym i jakimś okropnym, starczym, zachrypniętym, który przyszedł po dwie córeczki, bo przecież są niegrzeczne i przecież Tata go wezwał. Tata grzecznie tłumaczy, że się jednak rozmyślił, że może nie… Ale ten straszliwy zachrypieć mówi, że skoro już był wezwany, to trudno. Więc Tata bardzo grzecznie prosi, że może pan zechce darować i że, skoro już coś musi wziąć, to może na ten raz zadowoli się Siusią.

Mamie pierwszej nie dotrzymują nerwy i jak zwykle psuje zabawę: że jak można dzieci straszyć, że nie słyszała o takiej pedagogice, że, dzieci kochane, nie ma nikogo — to Tatuś udaje. Baw się tu z babami… (…)

A jednak Mama, pozornie podśmiewana od jej dziadunia po jej dzieci, Mama-Fuksina, Mama-słodziutkie-milutkie, Mama-puszyste łapki — dzierżyła rządy tego Domeczku, w którym ludzie podobni byli do zwierzaków, a zwierzaki do ludzi.
Przede wszystkim Mama sama nosiła przezwisko — Królik. To poszło od tej anegdoty o dwóch warszawskich Antkach, którzy sprzedawali na Kercelaku — jeden psy, a drugi króliki. Buldog zdławił królika, zrobiła się sprawa, a właściciel buldoga tłumaczył: „Panie władza — jak Boga kocham — to król zaczął. Buldog szedł spokojnie, a ten król na niego marszczył nosem — o tak!”
Ponieważ „wilk okropnie zły” nieraz wybuchał: „Bo ty zawsze zaczynasz”, więc Mama została Królikiem.
Jej mąż, King, był Kingiem od czasów czytania W pustyni i w puszczy.

Krysia była Pytonem (za ciągłe pytania), czasem Strusiem — za strusie zdziwione miny. Sancho Pansa nosił wymyślny i nieprzetłumaczalny tytuł Pourcette. Ten neologizm francuski, pochodny od francuskiego pourceau—prosiątko, oznaczałby dosłownie prosię żeńskiego rodzaju. King dowodził, mimo protestów Tili, że Jest jako prosię— różowa od ogona, a biała przy nosie”, poza tym była „zerka”, łakoma, wesolutka i nie lubiła sobie zawracać głowy zbyt skomplikowaną problematyką w przeciwieństwie do Pytona. (…)

Domeczek coraz bardziej przypomina arkę Noego — pisała Krysia — tyle w nim mieszka przeróżnych stworów: Mama, ja, ciotka, Marta, Marysia, osiem sztuk lokatorów, kotka i ciotkowe króliki. W sumie więc Domeczek przypomina dobrze wyładowany kuferek z wszelakim dobrem, który należy przydusić kolanem, żeby zechciał się zamknąć. Nasza arka ma też pretensje do samowystarczalności, począwszy od żywności, której się jak najmniej kupuje (cały ogród wzięliśmy pod warzywa), a skończywszy na własnym, w Domeczku mieszkającym, adwokacie, fryzjerze i maszynistce, którzy sobie czynsze odrabiają świadczeniami na rzecz współmieszkańców. Kultywuje też nasza arka wzniosłą ideę zbratania wszystkich stanów i dzielnic. Poza baronem i fryzjerem mamy warszawiaków, Litwinów, poznaniaków i lwowian. A part od szturmów na łazienkę uznać można przy odrobinie optymizmu, że ekipa jest doborowa, solidna i jakoś dobrze się nam żegluje po wzburzonych fluktach. Dopiero teraz oceniłam, jaką pomocą może być dobre współżycie z ludźmi. (…)

Przed samym powstaniem cały dom został wyporządkowany od strychu do piwnic. Rękopisy starannie ułożone w skrzynkach, listy w teczkach, książki na półkach, bielizna w szafach. Wszakże dobiły już do brzegu długich okupacyjnych lat.
Lśniły wymyte szyby i pofroterowane posadzki, pachniały świeżo wyprane tiulowe białe i błękitne firanki w oknach. Trzydziestego pierwszego lipca poczyszczone zostały klamki u drzwi i zasuwy u okien.
Domeczek jaśniał czystością niby „Bóg zapłać” za to przeżyte przedwojenne rodzinne życie, za tę ochronę w ciężkie dni wojny.
Przelatywały nad nim streify żandarmskie, łapanki, łomotania do furty. Zamknięty w sobie, żył swoim upartym życiem.
Ot, taki sobie dom, jak tyle innych w Polsce, swój dom, najukochańszy, najwłaśniejszy. Żył z ludźmi i myślał, kiedy Niemców ogarniała panika, że doczekał się bliskiego już zadośćuczynienia i nagrody.
Pierwszego sierpnia matka i Krysia rozstawiły po pokojach- bukiety. Takie kolorowe jak na Matkę Boską Zielną.
Teraz furta dębowa leżała wyrwana, zostały jeszcze schodki, po których spływał był mazur imieninowy, z których zbiegała już w trzecim dniu powstania Krysia, dziękując Marcie za kwaterę. — Do widzenia, mateńko!…”

Zadanie domowe dla chętnych:

W dostępnych źródłach odszukać informacje na temat aktywnego udziału Krystyny Wańkowicz w powstaniu warszawskim oraz okoliczności jej śmierci.

II wojna światowa i jej wpływ na losy rodziny Wańkowiczów.

Krysiuniu!…

Dzisiaj od Ciebie przyszedł list pisany do Tili jeszcze w 1943 roku. List, w którym nie wiesz, gdzie jestem. Piszesz, jak ciężko jest nie mieć ojca koło siebie, kiedy jest tak potrzebny.

Na ten list nie otrzymałaś odpowiedzi. Wzywałaś mnie na próżno, jeśli istotnie próżne jest wysyłanie żarliwej myśli. Teraz Ciebie nie ma i Domeczku nie ma. Tak mi ciężko, Córeczko, że Ci nie odpisałem.

Powietrze naokoło drga Tobą, rzucam te pisane słowa w powietrze. Czy dojdą ? Nie ma nawet Twego ciała, Krysiu.

Mama przez rok przekopywała Wolę, poczynając od kalwińskiego cmentarza, od tej ścieżki. Przewoziła wykopane ciała, potem nierozeznawalną ich miazgę na Powązki. Rozeznałaby. Ale nie było Ciebie.

Te straszne szczegóły to nie o Tobie, Krysiuniu, bo ty chodzisz pomiędzy nami, pochylasz przeczyste czoło, łuk brwi, cieple rumieńce twarzyczki, bo ciągłe nam się zdaje, że stajesz w progu, pytasz: „Wołałaś mnie, Mamuśku?” Pamiętasz, tak mówiłaś do matki. Więc skoro tak Cię czujemy przy sobie, to może pochylasz się i czytasz, co piszę. Tak jak pochylałaś się, pamiętasz, a ja nagle w środku ważnego tekstu wystukiwałem o osiołku, który mi patrzy przez ramię.

Odpisuję Ci na Twój list. Nie jestem już sam. Matka przyszła z Polski z małym zawiniątkiem, którego połowę stanowiły pamiątki po Tobie, wygrzebane w popiołach Domeczku.

Wiesz, Krysiuniu, Mama mi powiedziała, że wasz „Parasol” ma swoją kwaterę na Powązkach. Wielki dębowy krzyż stoi pośrodku. I napis „Tibi — Patria”. Kwatera „Zośki” ma mak krzyże brzozowe na każdym grobie. (…)

Wieczorem przy kwaterze „Parasola” był apel poległych trzech szturmowych oddziałów. Gdy Mama przyszła — już w mroku stali, czwórkami, w jakże nikłych oddziałkach — ci od was, ci z „Zośki”, ci z „Miotły”!

Listę waszą czytali pierwszą. I ciebie jako Annę, więc z początku. I oddział, jak przy każdym nazwisku, odpowiedział:

— Poległa ku chwale ojczyzny.

A potem czytali i czytali nazwiska z tych oddziałów… strasznie długo… I za każdym razem odpowiadała — ta gromadka.

Naokoło była pustka i gruzy, i ta garstka.

Już ciemnością pojechali ciężarówką na plac Krasińskich, gdzie była kwatera Twego dowódcy. Tam poległ prawie, cały wasz oddział z Rafałem włącznie. Teraz apelem połączonych oddziałów dowodził oficer z „Parasola”. Nagle buchnął znicz, klękli, majaczyły tylko pochylone głowy i słychać było «Ojcze nasz».

Za was — odnalezionych i nie odnalezionych.

Wszyscy was pamiętają, Krysiu, i pamiętać będą. (…)

A kiedy Mama, wychodząc z tłumem, pytała o dalszą strofę „Pałacyku Michla”, maleńki chłopczyk w mundurku harcerskim, prowadzony przez ojca za rękę, zapytał z nie ukrywanym oburzeniem:

— Jak to? Pani nie wie?

I odśpiewał piosenkę, z którą zginęłaś.

Pamięta o was młodzież, pamiętają robotnicy, pamiętają pozostali przy życiu wasi koledzy, pamiętają ojcowie i matki, pamiętają wszyscy w Polsce.

Ale Mama i ja pamiętamy Ciebie najwłaśniej i już tylko Ciebie, i nie jako poległą, a jako żywą, i jako dziecko, i najwłaśniej. (…)

Wiesz, Krysiu — znowu zapuka do rodziny prawdziwe własne życie, Tili oczekuje lada chwila porodu. Jeśli będzie córka, to będzie się nazywała Anna-Krystyna. Anna — Twój pseudonim w powstaniu.

Wiele lat minie, nim zacznie coś pojmować o Tobie. A może zwała obcego świata będzie tak przytłaczająca, że nigdy nie zrozumie Twojej barykady ani drobnego obyczaju, o którym wspomnienie płynie przez ręce matczyne w wyschłym dniu londyńskim.

Ale przecie… nawet gdyby nie rozumiała, żyć będziesz w jej duszy ludzkiej nierozumnej, która tłucze się o rzeczywistość.

Chcę, Krysiu, żebyś w jej duszy żyła nie tylko jako spadek nad siły, ale i jako dzień powszedni, uśmiech niefrasobliwy, nawyk swojski. Więc napiszę dla tej Anny-Krystyny książkę o Tobie i o Domeczku, w którym rosłaś — jakbym w dłonie wziął ciepły kłębuszek życia i niósł między szare mury drapaczy w ten doskonale zorganizowany straszny świat.

Jej prababka kładła saszety z fiołkami do szuflad z bielizną. Ta książka będzie z uśmiechów, wzruszeń i przypomnień — o życiu Twoim i jej matki. Niech w jej życiu, obskoczonym przez nie wiem jakie radary, helikoptery, telewizje, atomy, sączy się z dna istnienia zapach tych lat, z których wyszła Twoja szukająca, chłonna, nieukojona dusza, paląca się jak płomień na wietrze.

Żyjesz, Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz.

„Szkice spod Monte Cassino” jako przykład reportażu

  1. Zapisz plan wydarzeń.
  2. Podaj czas i miejsce, wskaż bohaterów.
  3. Zacytuj zdanie stanowiące przykład barwnego opisu.
  4. Zacytuj wypowiedź narratora lub bohatera nacechowaną emocjonalnie.
  5. Zadanie 8/88 – sformułuj swoje stanowisko, dopisz do niego argument i kontrargument.

Melchior Wańkowicz jako felietonista

  1. Podaj trzy argumenty uzasadniające uznanie fragmentu „Poliglotyzm” za felieton.
  2. Wyjaśnij znaczenie tytułu.
  3. W zeszycie zapisz odpowiedź na zadania 3, 4, 5, 6, 8, 10 i 11 ze strony 158.
Print Friendly, PDF & Email